czwartek, 18 czerwca 2015

mycie odżywką przetłuszczającego się skalpu podejście #1

Bałam się tej metody, bo bardzo ostrożnie podchodzę do wszystkiego, co może być nakładane na skalp. Właściwie to boję się nakładać wcierki, oleju, odżywki, maski (np. Biovax) na skalp i nigdy tego nie robię. Dziś jednak dojrzałam do tego, by sięgnąć po Crema Al Latte od Sericala również z tego powodu, że muszę zmusić i przygotować moje kłaczory do przyjęcia większej dawki protein, do której się przymierzam.
Jak umyłam: Zmoczyłam porządnie włosy, nabierałam małe porcje na dłonie i bardzo dokładnie wmasowywałam w skalp, czynność powtarzałam, aż byłam pewna, że w cały skalp wmasowałam odżywkę, następnie wmasowałam ją we włosy na długości, odczekałam 5-7 min, spłukałam, pochodziłam 10 min w ręczniku, wysuszyłam włosy ciepłym nawiewem.
Moje wrażenia po umyciu i wysuszeniu...
Czuję, że moje końcówki jakby mogły to zaśpiewałyby mi pieśń pochwalną za to, że pierwszy raz w trakcie ich żywota po zmoczeniu nie zaznały spotkania pierwszego stopnia z silniejszym detergentem. Na długości też wyglądają całkiem nieźle, ale to co się dzieje u nasady mnie przeraża. Włosy są sztywne, ciężko je było wygładzić do kitki, w dotyku wydają się lekko tłustawe, a żeby nie odstraszać, musiałam użyć suchego szamponu przy skórze głowy, bo wydawały się nieświeże i niedomyte. Po całym dniu, gdy rozpuściłam kitę, włosy zamiast rozsypać się wokół głowy, zatrzymały się w jednym miejscu i musiałam je porządnie rozczesać i ułożyć, bo same nie wiedziały, gdzie mają zająć właściwe sobie miejsce.
Wychodzi na to, że w moim przypadku najlepsze jest OMO, choć oczywiście nie jest moje ostatnie podejście do mycia odżywką. Przy następnym myciu użyję innej maski. Na szczęście na najbliższe mycie planuję włosowy detoks, więc pozbędę się uczucia niedomytych włosów.
Pozdrawiam,
Victoire.

środa, 10 czerwca 2015

Kosmetyczno-włosowy minimalizm

Zostałam wychowana w przekonaniu, że im mniej posiadasz, tym masz mniej zmartwień. Jestem wiernym wyznawcą tej zasady w niemalże każdej dziedzinie życia. Owszem, dla niektórych moja kolekcja i tak może się wydawać duża, jednak po lekturze niektórych blogów, gdzie widziałam jak dziewczyny pokazywały kosmetyki które używały w ciągu miesiąca zajmowały więcej niż na tym zdjęciu, doszłam do wniosku, że jestem bardzo skąpą osobą :P.
Do rzeczy.
Od lewej:
  • olej kokosowy z Almy do zabezpieczania końcówek i do mgiełek
  • szampon-rypacz Radical do przetłuszczających się włosów
  • zapas delikatnych Babydreamków (2 sztuki)
  • maska Biovax z białymi truflami i orchideą
  • szaszetka Biovax do włosów słabych i wypadających (mam w planie kupić duży słój)
  • odżywka Garnier Oleo Repair
  • Serical, Crema Al Latte
  • olej migdałowy KTC
  • własnoręcznie zrobiona mgiełka
  • suchy szampon z Biedry, o którym zapomniałam.
Z przodu natomiast produkty, które nie są typowo włosowe, ale również nakładałam je na włosy:
  • Johnson's Baby krem do rąk
  • regenerujący krem do rąk BeBeauty z Biedry.
Rzecz w tym, aby mieć: jedną maskę proteinową, delikatny szampon, rypacz, bogatą maskę emolientowo-nawilżającą (wystarczy jedna lub dwie na zmianę), olej do tradycyjnego olejowania i jeśli jest taka potrzeba to inny (lżejszy) do zabezpieczania końcówek, odżywka do mycia i odżywka d/s z silikonem. Ja nie używam zbyt wielu protein, dlatego Crema Al Latte w pełni mi wystarcza, a jak nie, to po prostu dodam do jednej porcji żółtko i problem z głowy. Poza tym, mogę również umyć nią włosy. Mgiełki zużywam w rekordowym tempie, dlatego na bieżąco robię własne. Nie dokupuję nowych kosmetyków, dopóki nie skończą mi się te co mam (chyba, że trafię na promocję). W sumie 10 włosowych kosmetyków + 2 włosowo-dłoniowe.

Klucz do minimalizmu:
  1.  Zastanów się, czego najbardziej potrzebują twoje włosy i ustal priorytety. 
  2. Nie rób list tego, co chciałabyś mieć, ale co musisz mieć i nie wychodź poza ten krąg.
  3. Jeżeli masz sporą kolekcję, nie dokupuj niczego, dopóki nie nie zużyjesz co najmniej połowy tego, co masz.
  4. Zaplanuj, co kupisz, gdy skończy ci się kosmetyk każdego typu. 
  5. Mając plan z punktu 4. czaj się na promocje, kupuj upatrzone zaplanowane kosmetyki, gdy są w niższej cenie, ale nie zaczynaj ich używać dopóki nie skończysz tych, które masz.
  6. Postaw na kosmetyki wielofunkcyjne - olej do włosów może zastąpić balsam do ciała i na odwrót. Jedną maskę zwłaszcza dużą objętościowo (Kallosowe Love Forever) możesz użyć na wiele sposobów - do mycia odżywką, do tuningowania, odżywkę d/s, do OMO. Między innymi dlatego zamierzam wymienić Garniera na Kallosa. 
Niby 6 prostych zasad, a tak ciężko je niektórym stosować. Jak wyglądałby punkt 4. w praktyce? Mój plan.
Gdy ktoryś z kosmetyków się zużyje, zamienię:
  • olej kokosowy z Almy (250 ml) na olej kokosowy z innej firny o większej objętości (500 ml), a niższej cenie
  • rypacz Radical do przetłuszczających się albo pozostawię, albo podkradnę mamie którąś Alterrę
  • Babydream pozostanie bez zmian, chyba że skalp mi się do niego przyzwyczai, wtedy sięgnę po Facelle
  • Biovax z białymi truflami i orchideą na Biovax Pearl
  • saszetka Biovax dla włosów słabych i wypadających na większy słój tejże maski
  • Garnier Oleo Repair na Kallos Banana
  • Serical Crema Al Latte na Kallos Keratin
  • olej migdałowy na olej z pestek winogron
  • mgiełki nadal będę robić sama
  • suchy szampon na puder Babydream.
Lista ta zawiera więc jeszcze bardziej ekonomiczne rozwiązania. Powodzenia w ogarnianiu własnych zbiorów! :D
Pozdrawiam, 
Victoire

wtorek, 2 czerwca 2015

Co nas nie zabije, to nas wzmocni!

...Czyli dlaczego jednak warto mieć w swojej kolekcji olej kokosowy.
Wiele dziewczyn na początku swojej przygody z włosomaniactwem najpierw kupuje olej, a potem stwierdza porowatość, co jest oczywistym błędem. Na pierwszy ogień zazwyczaj idzie kokos i tak również było w moim przypadku. Jednak nie wyrzuciłam go, co więcej wciąż go używam i jeżeli się skończy, kupię kolejne opakowania. Po co?
Po pierwsze, kocham jego konsystencję i lekkość i uważam, że gdyby każdy olej był taki, życie byłoby prostsze. Nie znam takiego pojęcia jak niewiele, więc gdy nałożyłam np. olej migdałowy do zabezpieczenia końcówek po myciu, nieraz zagotowało się we mnie, gdy usłyszałam od przyjaciółki "Co, znowu nie domyłaś oleju?". Z kokosem natomiast jest o wiele lepiej. Gdy wybiorę go ze słoika za dużo, mogę go włożyć z powrotem i nie jestem nim cała ubabrana, a gdy nawet się zdarzy, że użyję za dużo, to i tak się wchłonie i  odżywi włosy, dzięki temu, że jest olejem wnikającym. Może zabrzmi to idiotycznie, ale jeśli jakiś kosmetyk z olejem kokosowym w składzie spuszy mi włosy, po wyschnięciu wcieram w nie trochę oleju kokosowego i problem znika. 
Końcówki wysokoporów potrzebują częstych dawek olei, żeby się nie wysuszyć i nie uszkodzić, dlatego warto wybrać taki olej, który nie obciąży włosów, a je odżywi, i w tym wypadku olej kokosowy również może się idealnie sprawdzić. Ja wcieram we włosy kroplę kokosa rano i wieczorem.
Po drugie, lekkość oleju kokosowego jest również dużą zaletą, jeśli chcemy naolejować skórę głowy. Łatwiej się zmyje i łatwej go nałożyć. Nawet jeśli włosy na długości mogą go nie lubić, tak skalp może pokochać. Podczas rytuału olejowania, możemy na skórę głowy kokosa, a na długości inny olej przeznaczony dla wysokoporów - sam lub wymieszany z kokosowym.
Reasumując, gdy do naszych kolekcji trafi olej kokosowy i przy tradycyjnym olejowaniu się nie sprawdzi, nie spisujmy go na straty i nie wyrzucajmy do kuchni, ponieważ:

  • możemy zabezpieczać nim końcówki
  • naolejować skalp
  • wymieszać z innym olejem i poprawić jego działanie
Ułatwiajmy sobie życie.
Pozdrawiam, 
Victoire

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Co robić? Moje włosy są wysokoporowate!

Po pierwsze, przestać dramatyzować. Porowatość to nie koniec świata, istnieją większe włosowe problemy (a brak problemów to też problem). Musimy pamiętać, że łuski naszych włosów są mocniej odchylone i podobnie jak żeby zakleić dużą dziurę potrzebujemy dużej łaty, tak wypadku wysokiej porowatości aby uzupełnić ubytki musimy sięgnąć po produkty, które z chemicznego punktu widzenia mają duże cząsteczki.
Przez długi czas wierzyłam, że wszystkie odżywki/maski/sera, na których producent napisał "scala rozdwojone końcówki" naprawdę działają, naiwnie je kupowałam i czekałam na efekty, których nie było. Magiczne działanie takich specyfików to bzdura podobna do tej, że Ziemia jest centrum Wszechświata, a Słońce krąży wokół Ziemi. 
Dobrze, wyoutowałam wszytkie 'scalające' buble! - Źle! Takie kosmetyki zawierają mnóstwo silikonów, a one naszym włosom są potrzebne jak tlen do oddychania. Czym bardziej coś jest delikatne (a takie są wysokopory), tym potrzebuje większej ochrony, i takie właśnie jest zadanie silikonów. Dlatego nie pozbywajmy się silikonowych kosmetyków z naszych kolekcji, a co więcej, uzupełniajmy je za każdym razem, kiedy taki kosmetyk się skończy. W naszym wypadku, nie musimy namiętnie czytać składów i odkładać każdy specyfik na półkę, gdy znajdziemy tam silikon. Nie żałujmy ich również w szamponach, nie zaszkodzą nam, a jeśli obciążą, chwyćmy raz na tydzień lub dwa za oczyszczający szampon.
Zaletą takich włosów jest również duża dostępność i korzystna cena olei, które pokochają nasze włosy. Nie musimy krążyć po sieci i przepłacać, kupując drogie masła czy oleje wnikające, które za nic się nie sprawdzą. Wystarczy, że przejdziemy się do pierwszego lepszego sklepu i zaopatrzymy się w olej rzepakowy, lniany, z pestek winogron, oliwę z oliwek, a przy wizycie w delikatesach - również olej z awokado, orzechów włoskich. Oczywiście, nie popadajmy we włosowariactwo, wystarczy nam włosomaniactwo i tylko jeden lub dwa używajmy naraz i po zużyciu spróbujmy innego. W ten sposób nie tylko zaoszczędzimy pieniądze i miejsce w łazience, ale również będziemy mieli pewność, czy dany olej się sprawdza, czy nie, a jak wiadomo, na efekty olejowania trzeba trochę poczekać. Włosy wysokoporowate z natury są suche, dlatego zaleca się olejować włosy kilka razy w tygodniu, co ja również robię.
Reasumując, dwie zalety wysokoporów:

  • silikony, silikony everywhere, kochamy silikony, silikony
  • tanie olejowanie
Pozdrawiam, 
Victoire.


sobota, 30 maja 2015

Pokochaj wysokopory!

... Nie, to nie żart ;). Wiele początkujących włosomaniaczek popada w lekki popłoch, gdy przychodzi im określić swój typ włosów i zapada wyrok: wysokoporowate. Zwykle następuje to, gdy ich oczom ukażą się brutalne efekty olejowania kokosem. Posiadaczki takich włosów zmagają się z przesuszeniem, szybkim rozdwajaniem, strączkowaniem, falami/lokami, którymi przecież nie każdy przepada, szybko wypłukującym się kolorem i wieeeloma innymi problemami z którymi nie mają do czynienia szczęściary z czuprynami o niższej porowatości. 
Zastanawiałam się, po co w ogóle zakładać włosowego bloga, skoro takowych w sieci jest już mnóstwo. Jednak jak wiemy, każda blogerka ma inny typ włosów i to, co sprawdzi się u niej, wcale nie znaczy, że sprawdzi się u mnie i na odwrót. Poza tym, kocham leczyć ludzkie kompleksy, dlatego przede wszystkim celem tego bloga jest przekonanie Ciebie, że wysokopory też mogą być fajne. Ja nie wyobrażam sobie mieć włosów innego typu, zaprzyjaźniłam się z nimi i chciałabym, żeby z Tobą, moja Droga Czytelniczko/Czytelniku też tak było.
Żeby nie było żadnych wątpliwości, zaznaczam, że moje włosy są: gęste, średniej grubości, przetłuszczające się, ale suche na końcach, nigdy nie farbowanie, falowane, koloru  ciemnego/średniego blondu w zależności od pory roku, kochające się rozdwajać (roztrajać, rozczwarzać... rozdziewiętniać i rozdziesiętniać chwilami). Mają focha gdy przychodzi im się zmierzyć z proteinami, lubią nawilżacze i kochają oleje. Nigdy również nie były namiętnie prostowane/kręcone ani w żaden inny sposób namiętnie katowane wysoką temperaturą czy stylizatorami. Przypuszczam, że metody i kosmetyki sprawdzą się głównie u dziewczyn, które mają podobne włosy do mnie, jednakże przede wszystkim zależy mi na tym, abyście swoje włosy polubiły/polubili, ponieważ szerzeniem włosowej wiedzy zajmują się inne włosomaniaczki. 
Pozdrawiam, 
Victoire