Bałam się tej metody, bo bardzo ostrożnie podchodzę do wszystkiego, co może być nakładane na skalp. Właściwie to boję się nakładać wcierki, oleju, odżywki, maski (np. Biovax) na skalp i nigdy tego nie robię. Dziś jednak dojrzałam do tego, by sięgnąć po Crema Al Latte od Sericala również z tego powodu, że muszę zmusić i przygotować moje kłaczory do przyjęcia większej dawki protein, do której się przymierzam.
Jak umyłam: Zmoczyłam porządnie włosy, nabierałam małe porcje na dłonie i bardzo dokładnie wmasowywałam w skalp, czynność powtarzałam, aż byłam pewna, że w cały skalp wmasowałam odżywkę, następnie wmasowałam ją we włosy na długości, odczekałam 5-7 min, spłukałam, pochodziłam 10 min w ręczniku, wysuszyłam włosy ciepłym nawiewem.
Moje wrażenia po umyciu i wysuszeniu...
Czuję, że moje końcówki jakby mogły to zaśpiewałyby mi pieśń pochwalną za to, że pierwszy raz w trakcie ich żywota po zmoczeniu nie zaznały spotkania pierwszego stopnia z silniejszym detergentem. Na długości też wyglądają całkiem nieźle, ale to co się dzieje u nasady mnie przeraża. Włosy są sztywne, ciężko je było wygładzić do kitki, w dotyku wydają się lekko tłustawe, a żeby nie odstraszać, musiałam użyć suchego szamponu przy skórze głowy, bo wydawały się nieświeże i niedomyte. Po całym dniu, gdy rozpuściłam kitę, włosy zamiast rozsypać się wokół głowy, zatrzymały się w jednym miejscu i musiałam je porządnie rozczesać i ułożyć, bo same nie wiedziały, gdzie mają zająć właściwe sobie miejsce.
Wychodzi na to, że w moim przypadku najlepsze jest OMO, choć oczywiście nie jest moje ostatnie podejście do mycia odżywką. Przy następnym myciu użyję innej maski. Na szczęście na najbliższe mycie planuję włosowy detoks, więc pozbędę się uczucia niedomytych włosów.
Pozdrawiam,
Victoire.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz